Sto lat trenera Stefana Żywotki

Jego historia, to historia Polski i historia nie tylko polskiej piłki. To nasz najbardziej utytułowany szkoleniowiec, jeżeli chodzi o pracę w zagranicznym klubie.

Niezwykle rzadko się zdarza, żeby ktoś w tak dobrym zdrowiu jak Stefan Żywotko, który w czwartek kończy sto lat, dożył tak sędziwego wieku. Tymczasem urodzony na Kresach trener, właśnie co szykuje się do swoich setnych urodzin!

Znajomość z Dziwiszami

Pan Stefan urodził się we Lwowie czy raczej Zniesieniu, które administracyjną częścią największego polskiego miasta na Kresach przed II wojną stało się w 1930 roku. Szybko zaczął tam kopać piłkę w LKS Zniesieńczanka, jednym z wielu lwowskich klubów. Grał nie tylko w piłkę, ale też pływał. Przed wojną, jako kilkunastolatek był na tyle dobry, że trenował już z zespołem Czarnych Lwów. Czarni, to klub któremu zawsze kibicował i który zażarcie rywalizował z silniejszą i bardziej znaną Pogonią, czterokrotnym mistrzem Polski. Trenując w Czarnych spotkał się z wieloma znanymi ligowymi zawodnikami. Jednym z nich był Alojzy Dziwisz, jeden z wielu braci klanu Dziwiszów, rodziny związanej z najlepszym polskim klubem okresu międzywojennego Ruchem.

Alojzy na początku lat 30. „wyemigrował” z Chorzowa na wschód. Trafił do Czarnych. Grę w lwowskim klubie łączył z pracą w znanej i cenionej Fabryce Konserw Ruckera, która była głównym sponsorem klubu ze Lwowa. Zresztą trafił tam też potem kolejny z siedmiu braci Dziwisz – Augustyn, po wojnie trener kilkudziesięciu klubów. W fabryce Ruckera pracował ojciec Stefana Żywotko – Franciszek, a później – przed samą wojną – i on sam.

Trudny wojenny czas

Wybuch II wojny sprawił, że Lwów dostał się pod okupację sowiecką. Zniknęły polskie kluby, jak Pogoń czy Czarni, a w ich miejsce pojawiły się nowe, Spartak, Dynamo, Piszczewik… Najlepsi polscy piłkarze, z wybitnymi reprezentantami i ligowcami, jak Wacław Kuchar, Michał Matyas, Spirydion Albański czy późniejszy znakomity selekcjoner, jak Żywotko także lwowiak Kazimierz Górski, trafiła do sowieckich klubów. Na Górnym Śląsku, za przyzwoleniem władz polskiego Państwa Podziemnego i wieloletniego przedwojennego kapitana związkowego Józefa Kałuży, piłkarze grali w klubach niemieckich, na Kresach w radzieckich.

We Lwowie pojawiła się wtedy duża liczba piłkarzy z Krakowa żydowskiego pochodzenia. Uciekali przed niemieckim terrorem. W mieście znalazło się wielu graczy Jutrzenki czy innych żydowskich klubów z utworzonego Generalnego Gubernatorstwa. Byli też wśród nich tak znakomici zawodnicy, jak reprezentant Polski Leon Sperling czy inny świetny zawodnik Cracovii Roman Grunberg. ZOBACZ TEKST SKAZANI NA ŚMIERĆ

- Tam była cała lwowska, a raczej krakowska elita. „Munio” Sperling spokojny człowiek, który do pomocy miał wielu piłkarzy, którzy razem z nim uciekli do Lwowa. On instruował, prowadził treningi, a grało się wtedy normalne mistrzowskie mecze. „Munio” Sperling był duchem całej tej grupy uchodźców. Potem, jak do Lwowa wkroczyli Niemcy pod koniec czerwca 1941 roku, to nie wszystkim udało się uciec do Rosji. Zdarzyło się, że część z nich została wyłapana – opowiada Stefan Żywotko, który sam trenował pod okiem Sperlinga, olimpijczyka z Paryża z 1924 roku, 16-krotnego reprezentanta Polski i mistrza kraju z „Pasami” z 1930.

Jak wyglądała futbolowa rzeczywistość na Kresach pod sowiecką okupacją? – Jak weszli do nas z tą swoją reorganizacją, to nie było wyboru i trzeba było grać tam, gdzie kazali. Piszczewik był klubem z branży spożywczej, Spartak ze spółdzielczej, a Dynamo wiadomo, wojsko i milicja – opowiada Żywotko. Długo to wszystko nie trwało, bo w czerwcu 1941 wybuchła wojna pomiędzy dwoma wcześniejszymi sojusznikami. Niemcy szybko byli we Lwowie. Zaczęła się kolejna gehenna. Najpierw sowieckie wywózki i strzelanie w tył głowy. Potem niemiecki terror oraz masowe mordy. O graniu nie było już mowy…

Ze Lwowa do Szczecina

Wojna sprawiła, że w końcu do armii musiał się zaciągnąć i Stefan Żywotko. Z Wojskiem Polskim utworzonym w ZSRR przeszedł szlak z Kresów na Pomorze Zachodnie. Tam też po zakończeniu wojny osiadł. W 1946 roku zamieszkał w Szczecinie. Sprowadził tam potem do siebie rodziców, bo Lwów, jedno z najważniejszy polskich miast w naszej historii, decyzją Stalina znalazł się w granicach państwa sowieckiego. Nastąpił transfer ludności, głównie na tzw. Ziemie Odzyskane, gdzie osiedliła się też rodzina Żywotko.

Pan Stefan, wtedy dwudziestokilkuletni trafił do Gwardii Szczecin, klubu milicyjnego. Grał tam w obronie, a także zajmował się trenerką. W 1950 roku Gwardia awansowała do ówczesnej I ligi. Żywotko był wtedy drugim trenerem, pomagał swojemu krajanowi ze Lwowa Zbigniewowi Czyżewskiemu , byłemu piłkarzowi, a jakże Czarnych, którego sam ściągnął do Szczecina.

Pobyt w najwyższej klasie rozgrywkowej był krótki. Gwardia była dostarczycielem punktów dla innych i szybko pożegnała się z elitą. Sam Żywotko po kilku latach pracy też odszedł z tego milicyjnego klubu i związał się ze Stalą Stocznia Szczecin.

Nie zaniedbywał swojej trenerskiej edukacji. Razem m.in. z Kazimierzem Górskim czy Michałem Matyasem skończył w Krakowie kilkumiesięczny kurs trenerski.

- Znalazła się tam cała elita starych zawodników, niektórych już emerytów. Po trzech miesiącach wszystko kończyło się egzaminem i otrzymywało się tytuł trenera II klasy. Dodatkowo uczyliśmy się języka rosyjskiego, bo taka była wtedy moda. Nawet gdzieś mam jeszcze, podpisane z tyłu, zdjęcie z tamtego kursu – przypomina sobie pan Stefan.

Kolejne lata jego pracy w Szczecinie, to kolejne sukcesy. Do ówczesnej I ligi czyli ekstraklasy awansuje z Arkonią w 1961 roku i z Pogonią pięć lat później. Do ekstraklasy wprowadzi jeszcze Arkę w połowie lat 70. Słynie nie tylko z dobrych wyników, ale też z umiejętnego wprowadzania młodych zawodników do seniorskiej piłki. Władysław Szaryński, Zenon Kasztelan, Czesław Boguszewicz czy Janusz Kupcewicz są tego najlepszymi przykładami. To samo robi zresztą wiele lat później w Algierii…

Rekord w Pogoni

W Pogoni na stanowisku pierwszego trenera wytrzymuje 4,5 roku. Pracuje tam od lata 1965 do końca 1969 roku. To rekord „portowego” klubu. Nikt przed nim, ani później nie pracował w ciągu tak długo. Potem szkoli ponownie zawodników Arkonii, drugoligowej Warty Poznań i wreszcie Arki. Jest już grubo po pięćdziesiątce, kiedy nadarza się okazja wyjazdu życia. To czas, kiedy polska piłka jest na fali i liczy się w świecie. Medale mistrzostw świata, medale olimpijskie. Wyjechać, zarobić i spróbować swoich sił za granicą chce wtedy wielu zawodników czy trenerów. Prowadzący z powodzeniem biało-czerwonych do największych triumfów na światowych arenach selekcjoner Górski ma już podpisaną umowę z Kuwejtczykami. Ma tam pojechać pracować po skończeniu pracy z reprezentacją Polski. Towarzyszyć ma mu kilku innych polskich trenerów, w większości oczywiście pochodzących ze Lwowa, w tym Stefan Żywotko. Po awansie z Arką w 1976 roku pan Stefan, ku osłupieniu gdyńskich działaczy, składa wypowiedzenie. Tłumaczy swoje powody. Zostaje ono przyjęte. Teraz pozostaje czekać na atrakcyjny zagraniczny wyjazd. Praca w Kuwejcie ma być ukoronowaniem kariery trenerskiej. Niestety, nie wszystko wychodzi tak, jak miało wyjść… „Tylko” srebrny medal piłkarzy na igrzyskach w Montrealu komplikuje sprawę. Wściekłe władze sportowe odmawiają Kazimierzowi Górskiemu atrakcyjnego wyjazdu. Co za tym idzie nie może też nigdzie jechać Stefan Żywotko…

Związał się z Kabylami

- Co było robić? Kaziu miał paszport i szybko wyjechał z Polski. Ja nie dość, że po awansie z Arką zwolniłem się z klubu, mając w perspektywie taki zagraniczny wyjazd, to jeszcze nie miałem paszportu. Byłem jednak na liście oczekujących – wspomina.

Na zagraniczny wyjazd musiał czekać ponad rok. Szkoleniowców szukała akurat szybko rozwijająca się, a socjalistyczna – jak PRL – Algieria. 57-letni wówczas Żywotko miał tam pojechać na dwuletni kontrakt.

- Wszystko działo się krótko przed świętami 1977 roku. Przyszedł telegram z Głównego Komitetu Kultury Fizycznej i Turystyki o treści, że szybko mam wyrobić sobie książeczkę zdrowia w celu wyjazdu do Algierii, a potem skontaktować się z ambasadą. Byłem na liście GKKFiT i czekałem. Z książeczką zdrowia nie było problemu. Wyrobiłem ją w jeden dzień w przychodni, gdzie takie książeczki wyrabiali też sobie marynarze. Co pięć minut miałem innego lekarza, a że byłem zdrowy, to szybko wszystko poszło. Potem pojechałem do ambasady. Tam też nie było żadnych problemów i tak jeszcze przed świętami znalazłem się w Algierze – opowiada.

Trafił do klubu z Tizi Ouzou. To miejscowość położona ok. 100 kilometrów na wschód od stolicy Algierii – Algieru. Wtedy nosił on nazwę JE Tizi-Ouzou, teraz to JS Kabylie. Kabylowie, dumni mieszkańcy górskich terenów, uważają się za rdzennych mieszkańców tamtych ziem. Arabów nienawidzą. Często dochodzi do kłótni czy protestów, bo nie godzą się na dyktat władz, które starają się ich na siłę wynarodowić czy zasymilować. Kabylowie mają swój język Tamzight, swoją kulturę i obyczaje. Ich piłkarski klub, to coś więcej niż tylko futbolowa drużyna. Ale na początku Stefan Żywotko tego nie wie. Do tego nie zna języka. – Na początku, jak tam trafiłem, to tylko obserwowałem co się dzieje i jak to funkcjonuje. Akurat w kraju wprowadzali reformę sportową i nasprowadzali zagranicznych trenerów, głównie z krajów socjalistycznych, żeby pomogli im to wszystko poukładać. Ja byłem jednym z nich – wspomina.

Łatwo na początku nie miał. Jedna grupa piłkarzy trenowała w Algierze, a druga w oddalonym o sto kilometrów Tizi Ouozu! Po kilku miesiącach w końcu uderzył pięścią w stół i powiedział, że albo będzie jak on chce, albo lepiej dać sobie ze wszystkim spokój.

Na początku swojej pracy zabrał piłkarzy na letni obóz nad polskie morze. Piłkarze algierskiego klubu mieszkali w Gdyni i grali mecze sparingowe z pomorskimi drużynami. W wywiadach z tamtego czasu mówił dziennikarzom, którzy pytali, jak się pracuje w Afryce Północnej, że latem można tam na boisku… gotować jajka, tak jest gorąco! Ten klimat, jak jeszcze nawet teraz podkreśla, nie przeszkadzał mu, a wręcz przeciwnie, przypominał Lwów i przedwojenne Kresy, gdzie latem też było ciepło. – Być może to jest jeden z powodów tego, że tak długo żyję – śmieje się.

Wielkie pasmo sukcesów!

Okres pracy w JS Kabylie, do 1989 roku nazwa klubu brzmiała Jeunesse Électronique de Tizi-Ouzou, od nazwy głównego sponsora, to okres niekończącego się pasma sukcesów klubu Kabylów. Żywotko miał tam pracować 2 lata, a został… czternaście! Byłby pewnie i dużej, ale w kraju wybuchała na początku lat 90. ub. wieku krwawa wojna domowa i z żoną Józefą musiał wracać do domu, do Szczecina. Z kabylskim klubem dwa razy zdobył klubowy Puchar Afryki. W kontynentalnych rozgrywkach jedenastka z Tizi Ouzou w 1981 roku pewnie pokonała AS Vita Sport z Zairu 4:0 i 1:0, a w 1990 okazała się lepsza od zambijskiego Nkana Red Devils (1:0, 0:1 karne 5-3). Do tych dwóch pucharowych triumfów trzeba dodać siedem tytułów mistrza Algierii, Puchar Algierii i Superpuchar Afryki zdobyty w 1982 roku, po zwycięstwie z kameruńskim Unionem Douala.

Wszystkie te sukcesy i triumfy sprawiły, że do zespołu prowadzonego przez duet Żywotko – Mahieddine Khalef, bo klubowe zespoły w Algierii prowadzone były wtedy w ten sposób, jeden zagraniczny szkoleniowiec i miejscowy trener, przylgnął przydomek „Le Jumbo JET”. Na ekipę JE Tizi-Ouzou nie było wtedy mocnych na afrykańskim kontynencie, a i nie tylko tam…

- W połowie lat 80. zaproszono nas na turniej do nowo otwartej hali Bercy w Paryżu. Rywalizowaliśmy tam, jak równy z równym z najlepszymi – podkreśla z dumą Żywotko. Po remisach z ówczesnym klubowym mistrzem Europy Hamburgerem SV i Paris Saint-Germain Kabylowie awansowali do finału prestiżowej, halowej imprezy.

Komplementy od Madjera

W Algierii do dzisiaj jest legendą. Kiedy pojechał tam po raz ostatni, na benefis jednego ze swoich wielu świetnych zawodników Ali Belahcene, w czerwcu 2003 roku, to wiwatowały tam na jego cześć tysiące kibiców „Kanarków”, bo tak jest przydomek JSK. Znają go tam wszyscy, kibice, sprzedawcy, taksówkarze. Mogłem się o tym przekonać podczas swojej podróży do Algierii w kwietniu 2018 roku.

- Nie miałem możliwości spotkania go osobiście, bo już jako młody chłopak wyjechałem grać do Francji, ale oczywiście słyszałem o nim, słyszałem o jego dokonaniach dla JS Kabylie. Dla całej naszej piłki zrobił wiele i zostawił swój ślad w naszym kraju – mówił mi wtedy Rabah Madjer, wielka gwiazda algierskiej piłki i jeden z najlepszych graczy w historii afrykańskiego futbolu.

Jak w klubach za Szczecina czy w Arce, tak i w Tizi Ouzou Żywotko odważnie stawiał na młodych zawodników, których wcześniej w umiejętny sposób przygotował do gry w seniorskim zespole. W dużej mierze dzięki niemu kariery zrobili tacy zawodnicy, jak [Moussa Saib], 74-krotny reprezentant Algierii, a potem zawodnik takich klubów, jak Tottenham czy Valencia czy wcześniej świetny napastnik [Djamel Menad]. Żywotko, jak podkreśla wielu, miał oko do wyszukiwania zdolnych graczy, a potem do przysposobienia ich do gry na wysokim poziomie. Był świetnym trenerem, ale i równie dobrym wychowawcą.

Urodzinowy tort

Zresztą piłkarze byli pierwszymi, którzy zorganizowali sędziwemu trenerowi setne urodziny. Już w połowie grudnia w Szczecinie zorganizowali specjalną urodzinową imprezę dla swojego szkoleniowca. Były wspominki, wspólne fotografie oraz okazały tor. Były reprezentant Polski, którego Żywotko wprowadzał w drugiej połowie lat 60. do pierwszego zespołu Pogoni – Czesław Boguszewicz, przyjechał specjalnie z Gdyni. Było też wielu innych graczy „portowców”, jak Teodor Jabłonowski, Wojciech Frączczak (stryj Adama Frączczaka), Jerzy Jatczak, Kazimierz Pawlaczyk, Eugeniusz Różański. Stuletniego trenera w czwartek, z okazji urodzin, wyróżni też szczeciński magistrat oraz miejscowy oddział ZUS. Swoje ma też dołożyć Pogoń oraz Zachodniopomorski Związek Piłki Nożnej.

- Odebrałem już też życzenia od swoich zawodników z Algierii, kilku z nich przypomniało sobie o moich urodzinach, dzwoniło i życzyło sto lat, ale przecież sto lat już mam! – mówi z uśmiechem w swoim stylu Stefan Żywotko. Czego życzyć dostojnemu jubilatowi? – Zdrowia, bo chociaż nie narzekam, to zawsze warto być ubezpieczonym – podkreśla utytułowany szkoleniowiec z Kresów.

STEFAN ŻYWOTKO

Data urodzenia: 9 stycznia 1920 r.

Miejsce urodzenia: Zniesienie/Lwów.

Pozycja na boisku: obrońca, pomocnik

Kariera piłkarska: Zniesieńczanka Lwów, Piszczewik Lwów, Garbarnia Lwów, Gwardia Szczecin.

Kariera trenerska: Gwardia Szczecin, Stal Stocznia Szczecin, Arkonia Szczecin, Pogoń Szczecin, Arkonia, Warta Poznań, Arka Gdynia, JS Kabylie (Algieria).

Sukcesy: awanse do ekstraklasy z Arkonią, Pogonią i Arką. 2-krotne zdobycie Pucharu Afryki, Superpuchar Afryki, 7-krotne mistrzostw Algierii oraz raz Puchar Algierii. Najbardziej utytułowany polski trener, jeśli chodzi o pracę w zagranicznych klubach.

TEKST UKAZAŁ SIĘ WE WTORKOWYM WYDANIU KATOWCKIEGO “SPORTU”

Ten wpis zostal opublikowany w czwartek, Styczeń 9th, 2020 o 09:00 i jest napisany pod Afryka. Mozesz sledzic komentarze do tego wpisu poprzez RSS 2.0 kanal. Mozesz rowniez zamiescic komentarz, lub sledzic post ze swojej wlasnej strony.

5 odpowiedzi dla “Sto lat trenera Stefana Żywotki”

  1. Biker napisal(a):

    Cześć Michał. Udało mi się namierzyć problem z dodawaniem komentarzy. Teraz już powinno być ok.

  2. zich napisal(a):

    no to super!

  3. Biker napisal(a):

    @Michał
    To teraz jeśli nie będzie już przeszkód to będę dzielił się moimi przemyśleniami na naszym starym, dobrym blogu :)
    Najważniejsze w Nowym Roku jeśli chodzi o futbol na Czarnym Lądzie to zwycięztwo Sadio Mane w plebiscycie na najlepszego gracza w Afryce jeśli chodzi o rok 2019!!!

  4. zich napisal(a):

    dokładnie, a już za kilkanaście dni losowanie grup w eliminacjach MŚ

  5. Kartagińczyk napisal(a):

    Wszystkiego najlepszego! Dwustu lat!

    Dzisiaj w Afrykańskiej Lidze Mistrzów:

    AS Vita Club – Esperance 0:2
    Al-Hilal Omdurman – Etoile du Sahel 1:2

 

Zamiesc komentarz