Korespondencja z Ameryki. Na dziennikarskim szlaku
Dziesięć meczów zobaczonych na żywo, 7 tysięcy przejechanych kilometrów. Pomylony hotel, nie ta ulica choć niby nazwa ta same. Jest o czym opowiadać i co pisać! Od zakończenia mundialu minął tydzień, ale dalej w głowie jest to, czego byliśmy świadkami w najdłuższym turnieju w historii mundialu, z udziałem aż 48 reprezentacji.
Dla mnie wyjazd za Ocean był czwartym turniejem o mistrzostwo globu i niezapomnianym. Czy najlpszym? Pod wieloma względami tak. Może też dlatego ze specyfiki turnieju. Mieszkałem w Nowym Jorku wśród polskiej społeczności, co było znakomitą sprawą, bo czułem się jak w domu. Poznałem wielu wspaniałych ludzi. Do tego sam turniej, jego otoczka, amerykański show, stadion czy sam Nowy Jork i inne miasta w których byłem po raz pierwszy. To było coś! Oto moje spostrzeżenia.

STADION MERCEDESA W ATLANCIE, JEDEN Z NAJLPESZYCH, A MOŻE NAJLEPSZYCH OBIEKTÓW NA JAKICH BYŁEM W ŻYCIU! FOT. MICHAŁ ZICHLARZ
Odległościowe wyzwania
- Jak otrzymać taką akredytację? – pyta mnie na Jamaica Station kibic z Ekwadoru, który także udaje się z dzielnicy Queens w Nowym Jorku, z dworca autobusowego do Bostonu na mecz Niemców z Paragwajem. Na pytanie dlaczego jedzie akurat na to spotkanie odpowiada, że liczył, że to jego Ekwador zajmie pierwsze miejsce w grupie F i to La Tricolor tam zagrają. Za bilet na mecz zapłacił 500 dolarów, za bilet autobusowy w jedną stronę około 60 bagsów.
Akredytacja uprawnia do oglądania meczów na żywo bez wydawania horrendalnych kwot za wejściówki, ale oczywiście nie jest ją prosto zdobyć tłumaczę. Przykładowo, Polska otrzymała tylko 30 akredytacji dziennikarskich i ledwie pięć fotoreporterskich. Wielu moich kolegów nie było z stanie pojechać z powodu liczbowych ograniczeń. Sam proces akredytacji trwał miesiące, do tego wiza dziennikarska (bo lepiej nie ryzykować z wjazdem bez wizy), no a potem akredytowanie się na poszczególne mecze. Wybrałem Nowy Jork, bo raz że niedaleko główna arena mistrzostw czyli MetLife Stadium w New Jersey, w miejscowości East Rutherford, a do tego autobusem można dojechać do Filadelfii (150 km) i Bostonu (350 km).
O ile w Katarze i w Rosji, w Moskwie na poprzednich mundialach transport był za darmo, to w Stanach już nie. W Doha w ogóle wszędzie było blisko, można było dojechać w każde miejsce metrem, w Rosji były podstawiana pociąg – darmowe dla dziennikarzy i kibiców z biletem na mecz do przykładowo Niżnego Nowogrodu. W USA już tak dobrze nie jest. Owszem, z centrum miast, z wyszczególnionych hotelów, w Nowym Jorku z Even Hotel, a z Bostonu z Moxy Hotel transport na stadion dla dziennikarzy za darmo, ale już do innych miast to wszystko trzeba samemu organizować. Przykładowo, trzy raz byłem w Bostonie czy raczej w Foxborough, bo to tam jest Gillette Stadium (na czas mistrzostw nazwa przysłonięta). To 30 mil, ok 45 km od stolicy stanu Massachusetts, a jazda na obiekt to 1,5 godziny. Wszystko zakorkowane.
Dwa te same hotele
Co do Nowego Jorku i Even Hotel… To była sobota i mecz w grupie pomiędzy Anglią i Panamą. Podjeżdżam, a było to dla mnie spotkanie już nr 4 na MetLife Stadium i nazwa hotelu się zgadza, ale otoczenie już nie bardzo, coś nie grało, a był to akurat ostatni „bus media schuttle” wyznaczony na godzinę 15.00. Wokół mnie był jeszcze Steve, fotoreporter z Irlandii i dwóch dziennikarzy z Ekwadoru. Na kwadrans przed 15.00 zorientowaliśmy się, że stoimy przy Even Hotel w Midtown, a „prawdziwy” Even Hotel jest 1,5 km dalej na Times Square! Wezwanie Ubera nic nie dało… Nie zdążyliśmy, bo tutaj popołudniami wszystko jest zakorkowane. Jazda autobusem do New Jersey, a potem na stadion znowu Uberem. Zdążyliśmy! Oczywiście za błędy płaci się gotówką…

SĄ MIEJSCA W NOWYM JORKU, GDZIE CZUJESZ SIĘ JAK W DOMU. TUTAJ JEDNA Z ULIC NA MASPETH. FOT. MICHAŁ ZICHLARZ
Nie ta ulica…
W ogóle można się w dżungli Nowego Jorku pomylić bardzo łatwo. Raz przylatuję z Atlanty z meczu Czechów z RPA grubo po północy. Na oczach ucieka mi autobus do Maspeth na Queens, jednej z pięciu nowojorskich dzielnic, tam mieszam. Zamawiam Ubera. Podjeżdżamy pod budynek, ale coś mi się w zabudowie nie zgadza. Co się okazało? To owszem 56 ulica, ale ja mieszkam na 56th Drive Street, a to coś innego. W środku nocy po 2.00 trzeba było na piechotę drałować pod właściwe miejsce.
Ceny grozy
We znaki daje się dziennikarzom, jak i kibicom na miejscu, drożyzna. Jeść czasami nie ma za bardzo czasu, bo człowiek zabiegany – jazda faktycznie zajmuje tutaj mnóstwo czasu. Nie ma wyboru, trzeba się pożywić i coś wypić w Media Centre. W Bostonie sandwicz z indykiem i serem po 15 dolarów czyli prawie 60 złotych. Buteleczka wody 4,5 dolara, a to drożej niż galon benzyny (galon to 3,79 litra, kosztuje ok 3,80 $). Nie wszystko jednak jest takie drogie. Da się przeżyć, ale zajmie to trochę czasu, żeby się ogarnąć. Ja mam szczęście, bo w Maspeth na Queens mieszkam wśród Polaków, zakupy robię w delikatesach pana Kiszki, niedaleko Biedronka czy chińskie albo kolumbijskie restauracyjki. Pomimo wszelkich trudności, piłkarskie mistrzostwa świata, to cudowna rzecz! Nic nie zastąpi pobytu na nich i obsługi tak wielkiej imprezy, po raz pierwszy z udziałem 48 reprezentacji.
MATERIAŁ UKAZAŁ SIĘ W KATOWICKIM DZIENNIKU „SPORT”




